BYLE DALEJ OD PIEKŁA

 

W przed dzień Powiatowych Obchodów 80. Rocznicy Wydarzeń Wrześniowych, chcielibyśmy przybliżyć sylwetkę jednego z trzech polskich żołnierzy, któremu udało się ujść z życiem z zajętej przez Niemców, a następnie spalonej Szkoły w Szczucinie.

Stefan Wrzosowski

Urodził się 22-09-1911 roku w rodzinie wielodzietnej. Jego pasją od dziecięcych lat były konie.

13-04-1934 r. – został wcielony do 73. Pułku Piechoty i przydzielony do 2 kompanii strzeleckiej.

We wrześniu 1934r. – zwolniony ze służby wojskowej, jako jedyny żywiciel rodziny.

W 1939r. – zmobilizowany z przydziałem do Batalionu Obrony Narodowej „Zawiercie” jako strzelec.

Dnia 12-09-1939r. – ranny w Szczucinie podczas strzelaniny.

W marcu 1940r. powrócił do domu.

Wspomnienia – spisane przez córkę Teresę Minkinę

W 1939r. zostałem zmobilizowany do Batalionu Obrony Naradowej „Zawiercie”. W trakcie walk osłanialiśmy odwrót Armii Kraków. 55. Dywizja Piechoty, w składzie której walczył batalion „Zawiercie” otrzymała niezwykle trudne zadanie: powstrzymania nacierających na tyły armii niemieckich. Batalion (był cały czas w tylnej straży armii) przez Sosnowiec, Trzebinię w kierunku Krakowa. Pamiętam walki jak przez mgłę: Chrzanów, Klimontów, Stopnica… Wielu rannych żołnierzy, wielu zabitych topniały oddziały. W rejonie Szczucina cofająca się armia Kraków stoczyła z Niemcami ciężką walkę na lewym brzegu Wisły. Po rozbiciu polskich oddziałów wielu żołnierzy dostało się do niewoli ja też. Zamknięto nas w strzeżonej przez Niemców szczucińskiej szkole.
12 września 1939 roku - przebywaliśmy na podwórku szkolnym, bez broni. Nasza broń była złożona razem oparta jedna o drugą w tzw. „kozły”. Nie mogliśmy po nią sięgnąć. Panował niepokój, zdenerwowanie wśród dowództwa, wśród żołnierzy. W pewnym momencie coś się wydarzyło. W szkole było słychać strzały. Strzelano do nas, bezbronnych żołnierzy będących na podwórku. Stojąc z tyłu, padłem na ziemię, na mnie padali żołnierze - moi koledzy. Ranny w rękę i w nogę leżałem nieruchomo, udając zabitego. Ucichły strzały na moment, ale Niemcy chodzili, sprawdzali leżących żołnierzy. Wstrzymywałem oddech, nie poruszałem się. Byłem przykryty ciałami moich zabitych kolegów. Potem zapaliła się szkoła, ciała żołnierzy wrzucono do palącej się szkoły. Nie pamiętam po jakim czasie udało mi się doczołgać do pobliskiej szopy z węglem. Nocą przeczołgałem się do ubikacji - stała na podwórku i stamtąd obserwowałem całą sytuację. Po pewnym czasie ucichło wszystko. Wyczołgałem się z ranną ręką i nogą krwawiącą, byle dalej od piekła. Schowałem się w kukurydzy gdy usłyszałem kroki i ujadanie psa, szok ujrzałem niemieckiego żołnierza z wielkim psem idącego drogą pies ujadał w moim kierunku zamarłem. Przypuszczam że Niemiec mnie widział ale odwrócił głowę i od ciągnął psa na smyczy poszedł dalej kolejny raz darowane życie. Odpocząłem, owinąłem onucami krwawiąca noga i ręka.
I dalej czołgałem się w niewiadomym dla mnie kierunku. Byle dalej od piekła. Nie minęło więcej niż dwie trzy godziny, słyszę warkot motoru. To Niemcy jechali. Po raz kolejny zamarło mi serce. Pytam Boga „co ze mną teraz będzie”. Zwalniają, zatrzymują się, zsiadają z motoru. Patrzą na rannego, bezbronnego, silnie wystraszonego polskiego żołnierza, o czymś rozmawiają. Serce waliło mi jak oszalałe. Włożyli mnie do przyczepy motocyklowej i ruszyli. Nie wiedziałem dokąd mnie wiozą te godziny były tak długie, że ciągnęły się
w nieskończoność. Odtransportowano mnie do szpitala w Żywcu. Długo leżałem na łóżku szpitalnym nim doszedłem do siebie, dostałem tam dobrą opiekę. Półroczny pobyt w szpitalu świadczył, że uratowanie nogi wymagało długotrwałego i dobrego leczenia. Chodź staw kolanowy został sztywny, udało się uratować nogę. Ominęła mnie amputacja nogi. Kolejne dar losu! Tak trudno jest opisać to co przeżyliśmy. Dziękuję Bogu za kilkukrotne darowanie życia. Uratowało się nas trzech. Jeden żołnierz ranny w kręgosłup i chyba w ręce – obie dłonie krwawiły. Ja – ranny w łokieć i staw kolanowy. Trzeci kolega żołnierz, nie został draśnięty kulą. Jak opowiadał dostał od narzeczonej szkaplerz Matki Bożej Częstochowskiej, poświęcony na Jasnej Górze. To Matka Boska Częstochowska go uratowała! Nas Też ochroniła swoim płaszczem!!! Ja dzisiaj po wielu latach od tamtych wydarzeń ciągle o tym myślę, wracam wspomnieniami do tamtych dni. Tak bardzo chciałbym tam pojechać zobaczyć te miejsca. Tak bardzo o tym marzę.

Marzenie to udało się spełnić w dniu 1 czerwca 1979 roku. Córka Stefana Wrzosowskiego, Teresa Minkina napisał list do ówczesnego Dyrektora Szkoły w Szczucinie. Stefan Wrzosowski wraz z rodziną został zaproszony do Szczucina.

W swoich wspomnieniach Pani Teresa Minkina pisze - Pamiętam ten niedzielny czerwcowy dzień. Pamiętam te kroki gdy tato, zmierzał w kierunku pomnika. Gdy doszedł, upadł na kolana, płakał jak małe dziecko. Modlił się i dziękował Bogu za to, że przeżył wojną gehennę, żołnierską tułaczkę. Za to że wrócił do domu, za to, że los pozwolił mu po wielu latach odwiedzić to miejsce. Stał przy pomniku i patrzył, patrzył, patrzył na te dwie wieże Kościelne – ja kiedyś 12 września 1939 r. i modlił się o przeżycie.

Stefan Wrzosowski zmarł 5 czerwca 1991 roku. Spoczywa na cmentarzu parafialnym w Koziegłowach